
Polskie inwestycje zagraniczne: Już kilka miliardów złotych utopiły w ościennych krajach polskie spółki z dominującym państwowym udziałem. I choć część inwestycji nie zwróci się nigdy, planują kolejne podboje.
Największe pomniki stawiali sobie za życia niepozorni ludzie z wielkim przerostem ego. Problem w tym, że często żywot tych pomników był krótszy niż ich twórców. Do tej reguły dziwnie pasują poczynania niektórych polskich spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa, od pewnego czasu budujących swoje „międzynarodowe imperia”. Zwłaszcza tych, które marzenia o potędze urzeczywistniają przy poparciu polityków.
W ostatnich latach zaledwie trzy firmy: PKN Orlen, Grupa PZU i PKO BP zainwestowały poza krajem w sumie ok. 3 mld złotych. I działo się to nie tylko pod rządami obecnych szefów – Igora Chalupca, Cezarego Stypułkowskiego i Andrzeja Podsiadły, ale również – ich poprzedników. Decyzję o zakupie przez Orlen sieci niemieckich stacji benzynowych za 100 mln 900 tys. euro podejmował jeszcze zarząd kierowany przez Zbigniewa Wróbla, zaś w przypadku inwestycji
w PZU Lietuva, o wydaniu na początek ok. 30 mln litów (33 mln zł) zadecydował głos Zdzisława Montkiewicza.
[..]
W ten sam sposób inwestycje poza krajem uzasadniają przedstawiciele Orlenu i PKO BP – inaczej nie da się rozszerzyć udziałów w rynku. Ale jakim kosztem? Przecież owe „mocarstwowe” zakupy nadal stanowią dla akcjonariuszy finansowe obciążenie, nie mówiąc już o tym, że część transakcji przeprowadzono w atmosferze skandalu.
– Inwestycje PKN Orlen w latach 2003 – 2004 miały charakter, hm... silnie strategiczny – mówi Cezary Smorszczewski, wiceprezes Orlenu ds. strategii i rozwoju.
– Decyzję o utworzeniu Orlen Deutschland podjęto w kontekście naszego wejścia do Unii Europejskiej, pozycjonowania się na rynku niemieckim. Poza tym, ówczesne władze Orlenu chciały konsolidować europejski rynek. Z tego punktu widzenia jedynym sensownym ruchem było nabycie czeskiego Unipetrolu.
I rzeczywiście, jeszcze przed wejściem Polski do UE, sieć stacji benzynowych w Niemczech trafiła w polskie ręce. Przecięcia wstęgi w świetle fleszy dokonali wysocy urzędnicy obu krajów. Zaraz potem doszło do równie spektakularnej klapy. Bo, jak twierdzi Andrzej Szczęśniak, ekspert ds. sektora paliwowego w Centrum im. Adama Smitha, kupione przez Polaków stacje to były „resztówki” wydzielone przez British Petroleum po przejęciu przezeń niemieckiej sieci Aral (takie zobowiązanie nałożył na BP niemiecki Urząd Antymonopolowy).
– W podobnych sytuacjach sprzedaje się zwykle najgorsze ogniwa sieci – wyjaśnia Andrzej Szczęśniak.
Czy dlatego Orlen na tym przegrał?
– Wejście na tak konkurencyjny rynek jest bardzo niebezpieczne – twierdzi Szczęśniak.
– W Niemczech marże na paliwo bywają dwukrotnie niższe niż w Polsce. Niemcy właściwie nie zarabiają na sprzedaży detalicznej. Według mnie, charakter sieci i rynku jednoznacznie wskazywał na to, żeby w ten segment rynku nie wchodzić. Moim zdaniem, chodziło jednak o to, że przed wejściem do UE trzeba było zrobić fajerwerk polityczny.
Jak chybioną inwestycją okazał się dla Orlenu zakup niemieckich stacji, pokazują wyniki. O ile w 2003 r. spółka Orlen Deutschland wypracowała niewielki zysk (5 mln zł), to w 2004 r., m.in. w wyniku spadku marż detalicznych, miała już 52 mln zł straty netto. W pierwszym półroczu 2005 r.znów pojawił się niewielki zysk (7 mln zł), ale – przyjmując stopę zwrotu na poziomie 17,5 proc. zakładaną przez zarząd Orlenu – niemiecka spółka powinna wówczas przynosić Grupie ok. 70 mln zł zysku rocznie.
Nawet po uwzględnieniu w tych rachunkach korzyści wynikających z lepszego wykorzystania mocy produkcyjnych (ok. 10 mln euro rocznie), do zgrania się planów z rzeczywistością zabrakło kilkudziesięciu milionów złotych. Miliony tu, miliony tam... Co to jest dla zarządu upolitycznionego ponad miarę kolosa?
W końcu, cudze pieniądze wydaje się tak łatwo. Nie dziwi zatem, że za śmiałą inwestycją PKN Orlen w Niemczech szybko poszła następna – tym razem w Czechach, gdzie PKN nabył Unipetrol, prywatyzowany w 2004 roku. Ale – co poniewczasie wyszło na jaw – kupił go z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z całym szeregiem uciążliwych dodatkowych zobowiązań...
Okazuje się bowiem, że aby wygrać przetarg, poprzedni zarząd Orlenu zobowiązał się odsprzedać część chemiczną Unipetrolu Andrejowi Babiłowi, miejscowemu oligarsze, właścicielowi spółki Agrofert, politycznie powiązanemu z rządzącą obecnie w Czechach Partią Socjaldemokratyczną. Gwarancją miały być wysokie kary finansowe – łącznie ponad 300 mln złotych. Orlen jednak unipetrolowej chemii Babi�owi nie odsprzedał. Ten zaś deklaruje dziś, że kara umowna w wysokości 77 mln euro za niewywiązanie się polskiego koncernu z kontraktu już go nie satysfakcjonuje, ponieważ jego straty przewyższają tę kwotę czterokrotnie...
Cezary Smorszczewski twierdzi, że i w tym przypadku w 2004 r. była to decyzja „strategiczna”. Nie chce używać innych określeń, a w odpowiedzi na pytanie, czy przechwycenie Unipetrolu można potraktować jako element mocarstwowych zapędów byłego zarządu, robi unik. Przyznaje jednak, że aspekt biznesowy tej transakcji stał się istotniejszy „zdecydowanie później”.
A co z tego wszystkiego ma dziś Orlen i jego państwowy współwłaściciel? Do tej pory płocka spółka wyłożyła na przejęcie Unipetrolu 486 mln euro (ok. 2 mld złotych). Pieniądze poszły na zakup większościowego pakietu akcji, premię za poprawę wyników, koszt wezwania, spłatę zadłużenia. Do tego doszły rezerwy na roszczenia Agrofertu.
Niewykluczony jest również arbitraż (co też może kosztować) z amerykańskim koncernem ConocoPhillips, któremu Orlen miał odsprzedać część czeskich stacji należących do Unipetrolu. �wietny interes zrobiło więc w 2004 r. kontrolowane przez SLD kierownictwo Orlenu, choć Cezary Smorszczewski podkreśla, że sprawy związane z nabyciem Unipetrolu są już wyprostowane, a on – jak twierdzi – czuje z tego powodu osobistą satysfakcję.
– Jeżeli teraz ktoś mnie pyta, po co nam Unipetrol, to odpowiem, że po to, by akcjonariusze odczuli wzrost wartości – mówi menedżer płockiej spółki.
– Z naszych wyliczeń wynika, że stopa zwrotu z inwestycji
w Unipetrol wyniesie 33 proc., co oznacza, że w ciągu trzech lat zwrócą nam się pieniądze, które zainwestowaliśmy.
Satysfakcja Cezarego Smorszczewskiego jest jednak - zdaniem Andrzeja Szczęśniaka - całkowicie przedwczesna. Dziś bowiem w tej branży wszystko się opłaca, ale kiedy przyjdą gorsze czasy, sytuacja firmy, która nie ma dostępu do źródeł paliwa, będzie naprawdę trudna. Bo prawdziwy problem Orlenu – uważa ekspert Centrum im. Adama Smitha – polega na tym, że spółka ładuje pieniądze nie w to, w co powinna...
– Orlen nie prowadzi wydobycia, a kolejne plany inwestycyjne powodują, że zwiększają się jedynie jego możliwości rafineryjne – twierdzi Andrzej Szczęśniak.
– Dziś, gdy marże rafineryjne są bardzo dobre, nie ma problemu, kiedy się jednak obniżą, firma może się znaleźć w dużych kłopotach.
– Wszyscy analitycy mówili im już jakiś czas temu: „Nie macie dostępu do ropy, powinniście się na tym skoncentrować” – przyznaje Piotr Samojlik, dyrektor generalny CA IB.
Ale gdzie szukać roponośnych złóż? Jak przypomina Szczęśniak, przed kilkoma miesiącami prezes Igor Chalupec wraz z premierem Markiem Belką przeprowadzili w tym celu kurtuazyjną wizytę w Libii. Przetarg na tamtejsze złoża odbył się kilka tygodni temu. Wygrał kto inny. Polacy do niego nawet nie przystąpili.
[...]
Ostatnio np. plan wypłynięcia na szersze wody ogłosił Marek Kossowski, prezes PGNiG. Gazowy potentat miałby być inwestorem w spółkach budujących gazociągi łączące Europę ze złożami w Iranie i wybrzeżem Morza Kaspijskiego. Kossowski deklaruje, że może na to wyłożyć 1 mld euro (4 mld złotych). Tyle że według przedstawicieli nowego rządu, dni Kossowskiego na tym stanowisku są policzone.
Jednak najbardziej zdeterminowany do inwestycji „za pięć dwunasta” jest znów Orlen. Kierunki? Ostatnio pojawiała się informacja o słowackim i... tureckim (ten drugi pomysł analitycy oceniali jako absurdalny), a także – litewskim. Orlen startuje do przetargu na rafinerię w Możejkach.
Potencjalne zainteresowanie kolejnymi zagranicznymi rynkami deklarują również PZU i PKO BP. „Przyglądamy się” – to najczęściej pojawiająca się odpowiedź na pytanie o kolejne podboje. W kontekście mocarstwowej i rozrzutnej polityki tych firm można postawić pytanie: „A ile na tym stracicie?”.
Pytanie jak najbardziej zasadne – możliwe, że niemiecka eskapada Orlenu dobiegnie końca, zaś ambicje poprzedniego zarządu obciążą kieszenie akcjonariuszy. Przedstawiciele spółki deklarują wprawdzie zamiar dokupienia ok. 250 rentownych stacji i sprzedania ponad 60 nierentownych do końca... 2009 roku. Ale kto zechce odkupić te ostatnie i czy obecny zarząd zdąży zrealizować tak dalekosiężne plany?
To prawda – w przypadku spółek dominujących w swojej branży w Polsce, takich jak PKN Orlen, PKO BP czy PZU, wyjście na zagraniczne rynki jest w zasadzie jedyną szansą na pozyskanie nowych klientów. Takie plany powinny jednak bazować na misternej strategii, obejmującej nie tylko warianty optymistyczne. A że jest to możliwe – świadczą przykłady prywatnych polskich firm, rozwijających ekspansję za granicą, choćby Maspeksu, zaczynającego rozdawać karty w branży spożywczej w Europie Środkowej.
Ale czy państwowy właściciel i uwikłani w polityczne zależności menedżerowie w ogóle potrafią uczyć się na swoich błędach? Na razie najlepiej wychodzi im szastanie kasą i działanie w myśl starego powiedzenia: „Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zawsze”.
- skomentujesz?
- czytano: 1446
Wykop
LinkedIn
Twitter
Wyślij znajomemu







