Wobec przedziwnych wirtualnych „gazowych kryzysów zaopatrzeniowych” w ostatnich dniach, aby zrozumieć, co nam naprawdę grozi, należy przyjrzeć się temu, co się dzieje w Azji Centralnej i na Ukrainie w jej stosunkach z dostawcami gazu. To będzie decydowało o sytuacji Polski w przyszłym roku. Ryzyko braku ponad 2,5 miliarda m3 gazu jest bowiem całkiem realne. Możemy tej sytuacji jakoś uniknąć, przyjdzie nam jednak za to bardzo poważnie zapłacić.
Ryzyka dla Polski tkwią w sytuacji spółki RosUkrEnergo - pośrednika w tym handlu. Jest to spółka o tajemniczym akcjonariacie, gdzie interesy Gazpromu łączą się ukraińskimi biznesmenami o dobrych koneksjach z władzą. Jednak okres, kiedy spółka odnosiła ekstra zyski wynikające ze swej roli pośrednika – minęły. Dzisiaj stosunki Rosji z Ukrainą są dobre i pośrednik, zamiast zarabiać – dokłada do subsydiowanych cen gazu dla Ukrainy. Gazprom uznaje tę sytuację, ale straty chce tylko częściowo skompensować – nie chce uznać żądań 420 mln $, tj. całej sumy, na jaką Gazprom dotuje Ukrainę (4Q 2006).
Z kolei Ukraina żąda finansowania dostaw po 95$ w IV kwartale tego roku od RosUkrEnergo w zamian za spłacenie ponad 300 mln $ długów. Dość ciekawe podejście. Spółka, która miała zyskiwać na pośrednictwie z rejonu kaspijskiego – może nie przeżyć tych ukraińsko – rosyjskich politycznych kontredansów.
Ogromnie zmieniła się sytuacja w krajach Azji Centralnej, które (przede wszystkim Kazachstan i Turkmenistan) zaczęły walczyć o swoje pieniądze, nie chcąc dłużej znosić sytuacji, gdy sprzedawały one Rosji gaz po 65$/1000m3, podczas gdy Gazprom sprzedawał gaz do Europy Zachodniej nawet do 300 $. Zażądały więc podwyżek i je otrzymały – koszt gazu wynosi teraz 100$/1000m3. To podwyższa koszty pozyskania gazu dla Ukrainy i cena 95$ za mieszankę gazu azjatyckiego i rosyjskiego dla Ukrainy była nie do utrzymania. Ale wynegocjowane stawki utrzymano na 4Q 2006 w imię dobrych stosunków politycznych.
Koszty tej przyjaźni ponosi teraz spółka RosUkrEnergo. Jak widać – przyjaźń ma swoją cenę, najlepiej zresztą, gdy ponosi je ktoś inny, bo czasy złotych interesów niejasnych pośredników się skończyły. Dzisiaj ani Rosja ani Ukraina już nie potrzebuje tej spółki. Ponosi więc ona straty, ale Ukraina wciąż składa deklaracje o utrzymaniu jej roli w imporcie gazu. Jednak wyrażane są także wątpliwości, czy będzie w ogóle zdolna do funkcjonowania w przyszłym roku. Może po prostu takich polityczno-ekonomicznych zakrętów nie wytrzymać.
Sytuacja gazowa za naszą południowo–wschodnią granicą zmieniła się diametralnie. Ukraina pożegnała się z drogim gazem rosyjskim i podpisała kontrakty na dostawy gazu z Turkmenistanem (42 mld m3), Kazachstanem (8,5 mld m3) oraz Uzbekistanem (7 mld m3). Co prawda Rosja przez swoje rurociągi (jedyna droga transportu gazu z rejonu kaspijskiego do Europy) limituje ilość gazu, dostarczając jedynie 57,5 mld m3 (co uzupełnione własnym wydobyciem prawie zaspokaja potrzeby Ukrainy, wynoszące 77 mld m3).
Jednak Rosja nie zgodziła się na większe dostawy, uniemożliwiając w ten sposób handel nadwyżkami gazu przez Ukrainę już po europejskich, a nie azjatyckich cenach. W porównaniu z rokiem 2006, Ukraina otrzyma ok. 18 mld m3 mniej gazu (w tym roku na podstawie styczniowej umowy otrzymuje 73 mld m3). Ten gaz zasili pulę Gazprom, a zmniejszy dochody Ukrainy. Rosja będzie mogła łatwiej poradzić sobie z gwałtownie rosnącym popytem wewnętrznym, w którym wielu widziało zagrożenie dla dostaw gazu do Europy.
Rosja pozbyła się więc problemu dotowania Ukrainy i dopłacania do o wiele niższych cen w porównaniu z eksportem do Europy. Ukraina zyskuje to, że utrzymuje koszt importu gazu na poziomie 130 – 135 $/m3, co jest do zaakceptowania, mając w perspektywie 3-4 last dojście dopoziomu cen europejskich. Ukraina i tak subsydiuje gaz, ustalając jego cenę dla klientów detalicznych na 68$, co jest znacznie niższą ceną od ustalonej latem ceny 81 – 88$ (była to podwyżka z wcześniejszych 48$). Ukraina przeznacza dla przemysłu gaz importowany, każąc płacić wyższe stawki, a „tani” gaz z krajowego wydobycia dostarcza ludności. Nieracjonalna polityka, która naprawdę kosztem własnych zasobów finansuje gaz importowany po cenach rynkowych. Niestety w Polsce prowadzimy taką samą.
Ta polityka dotacji doprowadza Naftogaz – ukraińskiego monopolistę gazowego - do skraju bankructwa. W ubiegłym roku firma miała 368 mln $ strat, a w tym roku zapowiada się na 1,5 mld $ (wg wypowiedzi premiera Janukowycza). Sytuacja jest dramatyczna, gdyż bieżące zobowiązania przewyższają kapitał obrotowy o 1,8 miliarda $. Firma jest zadłużona na ogromna skalę, zaciągając w tym roku kolejne pożyczki ponad miliarda $ na spłatę długów i bieżące wydatki.
Przed umową z początku tego roku Naftogaz zajmował się zaopatrzeniem kraju, jednak wtedy tę rolę przejął RosUkrEnergo. Firma obecnie zajmuje się jedynie dostawą gazu do użytkowników indywidualnych, więc ponosi ciężary państwowych dotacji do cen gazu, gdyż taryfy są znacznie niższe od cen zakupu. Nic więc dziwnego, że Naftogaz zalega z pieniędzmi wobec RosUkrEnergo.
Sytuacja, którą pobieżnie opisałem, jest diametralnie innym krajobrazem, niż mieliśmy za wschodnią granicą jeszcze w ubiegłym roku. Zmieniły się sojusze polityczne, inaczej kształtują się bilanse regionalne zasobów i dostaw gazu. Rosja, czyli Gazprom będzie dysponowała większą ilością gazu na eksport, co zwiększa jego możliwości i pole manewru. Zagrożone jest istnienie lub działanie firm, z którymi możemy negocjować „alternatywne” kontrakty. Piszę to słowo w cudzysłowie, gdyż trudno to nazwać alternatywą, czy się negocjuje z Gazpromem czy z jego spółką zależną.
Jednak stan polskiej polityki energetycznej jest bardzo zły. Po wygłoszeniu wielu haseł i wypowiedzi wobec Rosji, widać już dzisiaj, że jesteśmy bez alternatywy w dostawach. Pozostaje nam jedynie mieć nadzieję, że Gazprom nie sprzeda potrzebnego nam gazu gdzie indziej. Jeśli tak się stanie - może powtórzyć się scenariusz przerwania dostaw do Możejek. Rosja będzie miała świetne wytłumaczenie: po prostu kontrakt się skończył, a Polska nie potrafiła zapewnić sobie dostaw na przyszły rok. Sytuacja jeszcze bardziej „czysta” dla Rosji niż Możejki. Wszyscy będą wiedzieć, że jesteśmy ofiarami własnej polityki.
Ja jednak stawiam na scenariusz bardzo wysokich cen, podyktowanych Polsce przez dostawców ze wschodu (RosUkrEnergo czy ktoś, kto go zastąpi). Rosjanie zdają sobie sprawę z naszej sytuacji. Polityczne deklaracje, irytujące Rosję, nie zastąpią rurociągów i magazynów. Skutkiem tego beznadziejnego położenia będzie prawdopodobnie bardzo wysoka cena gazu z Azji, która może nawet przekraczać cenę dostaw Gazpromu.
Plotki krążą, że walka idzie o kilkadziesiąt dolarów. Ale są to jedynie plotki, ponieważ jesteśmy najmniej transparentnym obszarem handlu gazem. O wszystkich bowiem sąsiadach możemy powiedzieć, po ile kupują gaz, gdyż są to informacje publicznie dostępne. Natomiast ceny polskie są utajniane (casus prospektu emisyjnego PGNiG), co oczywiście umożliwia ukrycie porażek, jednak z pewnością nie przyczynia się do bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nieraz już bowiem słyszeliśmy, że negocjacje są tak ważne dla państwa, że są okryte tajemnica.
- skomentujesz?
- czytano: 1260
Wykop
LinkedIn
Twitter
Wyślij znajomemu







